Noc sylwestrowa to dla jednych okazja do niezapomnianej imprezy, a dla innych zwykła noc, jak każda inna. Spędzając sylwestra w Polsce nie należę do osób, które wychodzą do restauracji czy rezerwują loże VIP w klubach. Nie bawi mnie ten wymuszony duch imprezy, która zazwyczaj jest nijaka i nie umywa się do tego, czego można doświadczyć przez pozostałe 364 noce. Rok temu, podczas witania nowego roku w Dubaju, było jednak trochę inaczej. Żeby zapamiętać tę noc na zawsze wybraliśmy się na pustynię, a tam, zajadając się falafelami, wznieśliśmy toast bezalkoholowym szampanem i złożyliśmy sobie życzenia pomyślności na kolejny rok. Taki był, w ogromnym skrócie, nasz sylwester w Dubaju. 

 

Do Dubaju poleciałam na przełomie 2017/2018 roku. Bilety były tanie, znajomi zaproponowali, że nas przenocują, a i ucieczka przed polską zimą wydawała się być dobrym pomysłem. Lecąc do ZEA nie mieliśmy żadnych planów na świętowanie Nowego Roku, ale im bardziej zbliżaliśmy się do końca roku, tym coraz częściej w mojej głowie pojawiało się ponaglające pytanie…

 

To co robimy w sylwestra?

Znajomi, u których się zatrzymaliśmy byli w ten wieczór w pracy, dlatego też wspólna impreza odpadała. Mieliśmy dwa wyjścia – pojechać do centrum, wtopić się w tłum i odliczać ostatnie sekundy starego roku wyświetlane na Burdż Chalifie albo zarezerwować miejsce w restauracji hotelu Atlantis za „jedyne” 3000 zł i podziwiać sztuczne ognie z Palmy Jumeirah. Nie chciałam doświadczać ani jednego, ani drugiego.

Po pierwsze, zarówno w centrum, jak i w metrze mogliśmy się spodziewać ogromnych tłumów, których w przypadku takich wydarzeń szczerze nie znoszę. A po drugie, nie po to leciałam do Dubaju, żeby udawać zblazowaną milionerkę, którą nie jestem. 3000 zł za kolację sylwestrową od osoby to jednak lekka przesada, nie sądzicie?

I gdy już myślałam, że spędzimy tę noc jak co roku – w piżamach, w domu, przed telewizorem – nagle wpadliśmy na genialny pomysł. A gdyby tak pojechać na pustynię? W końcu Dubaj wyrósł na piasku, więc niesamowicie byłoby powitać nowy rok wracając do korzeni tego miejsca.

Zaczęliśmy buszowanie po Internecie. Sprawdziliśmy wszystkie możliwe oferty, poszukaliśmy najlepszej ceny, przeczytaliśmy opinie, zapłaciliśmy i, po raz pierwszy od wielu lat, nie mogliśmy się doczekać sylwestrowego wieczoru.

 

Sylwester na pustyni? Czemu nie!

Na miejsce zbiórki, które w naszym przypadku znajdowało się przy sklepie Spinneys obok Burjman Centre mieliśmy się stawić między 19:00 a 19:30. Jako mieszkańcy Europy północno-środkowej, a raczej ja jako Polka z natrętną manią punktualności, pojawiliśmy się w umówionym miejscu już o 18:40. Żeby a nuż się nie spóźnić.

Minęła 19:00, 19:15, 19:30, 19:40, a nasz Jeep nadal się nie pojawiał. Zdenerwowani i poirytowani zadzwoniliśmy do biura, w którym powiedziano nam, że na mieście są ogromne korki i samochód na pewno się spóźni, ale nie podjedzie pod wyznaczone nam miejsce. Musimy podejść pod oddalony o 10 minut hotel, z którego kierowca ma odebrać, biorących udział w imprezie turystów.

Jak nam powiedziano, tak też zrobiliśmy. Udaliśmy się pod hotel i tam znowu czekaliśmy. 20:00, 20:15… o 20:30 pod hotel podjechał biały Jeep, z którego wysiadł kierowca ubrany w białą dziszdaszę i zaprosił nas do środka. Myślałam, że zamienię się w kłębek nerwów. Punktualność jednak nie popłaca, przynajmniej w krajach arabskich.

Wyjechaliśmy z Dubaju i zaczęliśmy kierować się na północ. Po około 30 minutach dojechaliśmy do wioski Al Awir, za którą asfalt miękko zamienił się w bezkresną pustynię. Nagle zrobiło się ciemno, a jedynymi światłami, które oświetlały pustynne wydmy były światła samochodu. Myślałam, że się zgubimy i że na tym skończy się nasze świętowanie Nowego Roku. Jednakże kierowca znał tę drogę na pamięć i już po kilku minutach krążenia i skakania między jedną wydmą a drugą, spostrzegliśmy wyłaniające się z oddali światła pustynnej osady.

Po dojechaniu na miejsce wysiedliśmy przed typową beduińską wioską. Dzisiaj nie mieszkają w niej Beduini, miejsca te służą za atrakcję turystyczną i są wykorzystywane w przypadku takich wydarzeń jak sylwester na pustyni czy popularne w Dubaju wycieczki na pustynię, nazywane również Desert Safari.

 

Wino, szisza i bezalkoholowy szampan

Usiedliśmy blisko sceny, na typowych siedzeniach majlis i czekaliśmy na rozpoczęcie imprezy. Na każdym stoliku stały zimne napoje, woda oraz… bezalkoholowy szampan o smaku winogronowym.

Chwilę po 21:00, gdy pani pełniąca rolę konferansjera powitała wszystkich i zaprosiła do wspólnej zabawy, z głośników popłynęła arabska muzyka na przemian ze znanymi dyskotekowymi hitami, a w specjalnie przygotowanej strefie otwarto stanowiska z przystawkami. Do wyboru były oczywiście chrupiące falafele, chlebek tandoori, paluszki rybne, wegetariańskie samosy, frytki, shoarma z kurczaka czy serowe spring rools’y. Jedzenie było przepyszne, a dzięki temu, że niektóre przekąski były przygotowywane na miejscu, były one niesamowicie świeże i aromatyczne.

 

W cenie biletu wstępu każda para miała do dyspozycji sziszę, czyli popularną w krajach arabskich fajkę wodną. My wybraliśmy smak jabłkowy i paliliśmy ją przy naszym stoliku. Co jakiś czas podchodził do nas chłopak z obsługi i, gdy było to konieczne, zmieniał węgielek na bardziej rozżarzony. Zainteresowani mogli przebrać się w tradycyjne arabskie stroje i zrobić sobie zdjęcie, a kobiety mogły skorzystać z ozdobienia swoich dłoni tatuażem z henny. Oczywiście, że się skusiłam. 

Ponieważ wykupiliśmy opcję z nielimitowanym alkoholem, mogliśmy również skorzystać z baru, gdzie barmani podawali wino, whisky lub robili kolorowe drinki. 

 

Miałam nadzieję, że sylwester na pustyni będzie wydarzeniem typowo lokalnym chociaż z drugiej strony bałam się, że będzie to impreza skrojona stricte pod turystów. Na szczęście najliczniejszą grupą uczestników były hinduskie rodziny mieszkające w Dubaju, następnie rodziny arabskie, a później my – turyści z całego świata.

Co jakiś czas na scenie pojawiała się wspomniana pani konferansjerka, rozpoczynając tym samym gry i zabawy, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Jeszcze przed północą oglądaliśmy taniec brzucha do arabskiej muzyki wykonany przez skąpo odzianą tancerkę.

 

Około 23:00 otwarto ogromny namiot, w którym znajdowały się stoły z dostępnymi potrawami oraz siedzenia, przy których można było spożywać kolację. Wybór dań był ogromny: przeróżne sałatki, hummus, baba ghanoush, grillowane mięsiwa (kurczak, baranina, jagnięcina), hinduskie potrawy (np. Chicken Tikka Masala), ryby, ryż, a także coś słodkiego na deser. Jedzenie było przepyszne, a wybór był tak ogromny, że nie wiedziałam, czego warto spróbować. Całe szczęście, namiot kulinarny był otwarty prawie do końca imprezy.

Tuż przed wybiciem północy na scenie zaczęły się przygotowania do wspólnego odliczania ostatnich sekund 2017 roku. Kto chciał, mógł wyjść na scenę, podziękować za kończący się rok, pochwalić się tym, co udało mu się osiągnąć i złożyć życzenia swoim bliskim oraz wszystkim obecnym. Chwilę przed końcem starego roku życzenia złożył organizator i zaczęło się wspólne odliczanie.

5… 4… 3… 2… 1… Happy New Year! W powietrze wystrzeliły konfetti i korki od bezalkoholowego szampana. A my staliśmy wpatrzeni w siebie i nie wiedzieliśmy, czy najpierw wznieść toast tym winogronowym napojem z bąbelkami czy whisky, którą mieliśmy w drugim kubeczku. Trochę nas to śmieszyło, ten alkohol i zarazem jego brak, ale rozumieliśmy dlaczego tak jest. Byliśmy w kraju, w którym spożywanie alkoholu jest zakazane, wokół nas były tradycyjne rodziny arabskie, więc chociażby z tego względu szampan musiał być odpowiedni.

 

Taniec Tanura, taniec ognia i taniec wśród wydm

Ostatnie dwie godziny pustynnego sylwestra minęły już dużo spokojniej. Nowy rok się zaczął, nikt na nic konkretnego już nie czekał, ale każdy w głębi duszy miał nadzieję, że oto zaczyna się 2018 rok, dużo lepszy od tego, który właśnie się skończył.

Delektowaliśmy się na przemian winem, whisky i tym nieszczęsnym szampanem, którego było nam po prostu szkoda wylać. Rozmawialiśmy, paliliśmy sziszę i planowaliśmy wspólny nowy rok.

Na koniec imprezy czekał nas jeszcze tradycyjny arabski taniec Tanura, który widziałam wtedy po raz pierwszy w życiu i który zrobił na mnie ogromne wrażenie oraz taniec ognia, który był magicznym zakończeniem wieczoru.

 

Około 2 w nocy zaczęliśmy się zbierać i kierować w stronę samochodów, które miały nas odwieźć do domu. Nie przypuszczaliśmy, że trafi nam się kierowca, który sprawi, że zapamiętamy tę noc raz na zawsze. Spokojny powrót przez piaski pustyni zamienił się nagle w prawdziwy rafting. Skakaliśmy po wydmach, tańczyliśmy wśród złotych wzniesień i ślizgaliśmy się, skręcając raz w prawo, raz w lewo. Nie wiem, kto miał większą frajdę z tego przejazdu – kierowca czy my, pasażerowie. Wyjeżdżając na asfaltowaną drogę w Al Awin żałowałam, że ta niespodziewana zabawa tak szybko się skończyła.

Nasz kierowca był niesamowicie rozmowny i starał się zamienić chociaż kilka słów z każdym z naszej szóstki. Na sam koniec stwierdził, że tak dobrze mu się z nami rozmawia, że nie odwiezie nas od razu do hoteli. I tym sposobem udało nam się załapać na nocną przejażdżkę po centrum Dubaju.

 

Tak właśnie wyglądał mój sylwester na pustyni w Dubaju. Zaczął się niepewnie, a zakończył się niesamowicie i niezapomnianie. Było to całkowicie nowe doświadczenie, za które jestem ogromnie wdzięczna i które dziś bardzo miło wspominam. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane powitać nowy rok na dubajskiej pustyni. I wznieść toast bezalkoholowym szampanem. 

 

Zobacz także: 

Desert Safari, czyli jedziemy na pustynię